Dobre książki na dobry prezent

Wielokrotnie się Wam przyznawałam do mojej słabości do książek kulinarnych. M”Mimo długich wahań nad każdym potencjalnym zakupem kolekcja niestety stale się powiększa, półek brakuje, a wokół łóżka samoistnie kumulują się kolejne stosiki*.
Z autorami kulinarnych książek często rozmawiam (np. tutaj, tutaj i tutaj, o kulinarnych nowościach regularnie opowiadam Wam też w audycji „Droga przez Mąkę”, gdzie biorę je na widelec z Łukaszem Modelskim  (btw. o książce Łukasza pisałam tutaj), a swego czasurecenzowałam nowości wydawnicze dla magazynu Food Service. Często, a przed Gwiazdką jeszcze częściej, dostaję też indywidualne pytania, a to o „dobrą książkę o ręcznie robionych makaronach”, a to o bistronomii, a to o bliskowschodnich ciastach. Ziarno do ziarnka, zamiast tylko mówić i odpisywać na pojedyncze maile, postanowiłam raz na jakiś czas podzielić się z Wami swoimi polecajkami na blogu. Oto kilka wartych uwagi książek, które  pojawiły się na rynku mniej lub bardziej ostatnio i które wszelkie bożonarodzeniowe Mikołaje, Aniołki i Gwiazdorzy (tudzież Gwiazdy) mogą wziąc pod uwagę szykując zawartość tegorocznego worka.

„W kuchni mamy i córki”, Katarzyna Meller, wyd. Marginesy.
Zaczytawałam się w Marcinie, czytałam Andrzeja, a teraz przyszła pora na Katarzynę.
Bliźniaczka Andrzeja, młodsza siostra Marcina, córka Stefana oraz Beaty, mama trzech  małych dziewuch. Pisze o nich wszystkich i o tym, co się u nich jada. To tak naprawdę dwie ksiażki w jednym tomie. Pół należy do nieżyjacej pani Beaty, specjalistki w dziedzinie kulinariów (może znacie z napisanej przez nią i Barbarę Adamczewską ksiażkę „W kuchni babci i wnuczki”?) – tu królują leniwe, chłodniki, serniki, szczawiowa z jajkiem i „ta jedyna” jarzynowa – dania, które Katarzyna zapamiętała z dzieciństwa. W drugiej sekcji znajdziecie kuchnię autorki – lżejszą, sezonową, bezpretensjonalną, ale ciekawą dla podniebienia. Jest i rybny pasztet dla męża, i turecka jajecznica, guacamole, tiramisu, na które recepturę autorka poznała pracując w czasie studiów we włoskiej knajpie w LOndynie czy borniwes, o którym pewnie jej mamie sie nie sniło.
Lubię książki kucharskie „do czytania”. Ale takie, gdzie opowieści są na miejscu, a nie „bo tak wypada”. Napisane lekko i po prostu, bez zbędnej emfazy i ckliwej egzaltacji. Ot anegdoty z codziennego życia rodziny M., gdzie wspólne posiłki były świętością, gdzie mama musiała czasem „pokombinować”, a niektórzy (Kaśka, piona!) nienawidzili słodkiego mleka.
Przepisy w części maminej to nie odkrywanie Ameryki, ale raczej powrót w stare, lubiane kąty. To dania, które pewnie sami dobrze znacie z własnych rodzinnych kuchni i wspomnień z dzieciństwa (choć zapewne to jarzynowa Waszej mamy będzie dla Was tą jedyna słuszną 😉 ). Ale wiem, że niektórym przepisów na takie dania – dania, na które receptury w domach funkcjonują zwykle w głowach, a nie na papierze brakuje. A tu je odszukają. Do tego znajdą tu przepisy na fajne, współczesne dania, korzystające ze składników, które można dziś znaleźć w każdym supermarkecie, z kuchni bliższych i dalszych krajów, które dzisiaj są o wiele bliższe, niż w czasach naszego dzieciństwa, a już na pewno dziecińśtwa naszych mam.

„Opowiadania drewnianego stołu”, Monika Walecka, wyd. Septem
Jest stół, dla którego mogłabym natychmiast wsiąść w samolot i polecieć na drugi koniec świata. Stół, przy którym każdy poczuje się „jak w domu”. Dostanie to, co najlepsze, i najprostsze – chleb, który czuł dotyk ludzkich rąk, domowy dżem z najdojrzalszych, samodzielnie zebranych mirabelek i kubek mocnej herbaty, zaparzonej z myślą o tym, który będzie ją pił. Bo najbardziej cieszy jedzenie, które ktoś zrobił z myślą właśnie o nas. W które – to nie frazes – ktoś włożył swoje serce i uwagę. Może będzie to tost z awokado i idealnym jajkiem w koszulce lub bakłażan w miętowym sosie z jogurtem. Ożywcze risotto z groszkiem i cytryną albo miska kalafiorowego chowdera z krewetkami. A najlepiej kawałek orzechowej szarlotki, która, zwyczajnie, nie ma sobie równych.
Książka Moniki to nie tylko pomysłowe, charakterne przepisy i wysmakowane, rozbudzające apetyt zdjęcia. To zapach ziół zdobiących pieczoną ricottę i wyjętych dopiero co z pieca brioszek z różanym kremem, klekot sztućców wykładanych na wysłużony, noszący ślady drewnianego blatu, który w domu Moniki zyskał nowe, ciekawsze i zdecydowanie smaczniejsze życie (nie uwierzycie, skąd Monia go wytrzasnęła!). Ta książka to zaproszenie do stołu Moniki – bogatego, barokowego, pyszniącego się kolorami. Zaproszenie, któremu nie sposób odmówić. Monika gotuje, bo lubi. A ja lubię, jak.
Zatem, piszemy: „Drogi św. Mikołaju…”
PS. „ODS” kazały na siebie czekać. Ale było warto. Monia, zwyczajnie, DUMA!

„Simple”, Diana Henry, wyd. Mitchell Beazley
Diana Henry, „Simple” (książka anglojęzyczna)
Ta Diana to jest dla mnie prawdziwa brytyjska księżna. Autorka nie przetłumaczona (JESZCZE!) na język polski ma na koncie kilka książek, z których dwie zaliczają się do czołówki moich kulinarnych faworytów. A teraz pewnie dołączy do niej trzecia. Kuchnia Henry jest sezonowa, prosta, uczciwa i szczera, blisko jej klimatami do mojego najkochańszego (przepraszam Yotam) Nigela Slatera. To kuchnia „trzech składników”, gdzie smaki nie walczą o uwagę na talerzu, ale każdy gra na nim istotną rolę. Ot gruszki i śliwki pieczone w marmoladzie pomarańczowej z whisky. Albo purpurowy coleslaw z jeżynami i kminkiem. Banał? Ale czy to robiłeś? No właśnie. To jedna z tych książek, przy których miałam w głowie „chcę to wszystko zjeść”, ale – i co chyba ważniejsze „chcę to wszystko ugotować”.
Książka jest dostępna u nas (np. w Cook Off by Book Off , Jak Wam się podoba lub w Makutra.com – to w ogóle dobre miejsca, jeśli szukacie książek kulinarnych, zwłaszcza anglojęzycznych, a w Makutrze dodatkowo zaopatrzycie się w kuchenne przydasie ) w oryginalnym, anglojęzycznym wydaniu. Przepisy są na tyle proste, że nawet jeśli nie zrozumiemy wszystkich językowych smaczków, to operując mową Szekspira na poziomie średnim bez problemu z książki można korzystać (no i zawsze jest słownik).

ksiazki4

„Na zdrowie”, Eliza Mórawska, wyd. Zwierciadło
Było już „Na Słodko”, „O jabłkach”, „O Chlebie”. A tu mogłabym napisać „O Elizie”, o jej domowej kuchni, o jej działce i o jej zakupach. O tym, co je jej rodzina, co gotowała młodszej córeczce, gdy tej doskwierały alergie i za czym przepada ta starsza. O burgerach pana Inżyniera (choć dla mnie pan Inżynier to Pan Kanapka:-), o owsiance inspirowanej podróżami do Indii i warzywami w curry, o samorobiącej się zupie z pieczonych jarzyn i makaronie soba z tofu i brokułami. O sałatkach, każdej innej i każdej wartej uwagi, z tego, co akurat skusiło oko Elizy Mórawskiej (czyli autorki Whiteplate.com) i co zagrało jej w wyobraźni. Dla tych, którzy szukają przepisów „bez” – bez glutenu, laktozy czy krowiego nabiału, też znajdzie się garść pomysłów. Jest tu bowiem wszystkiego po trochu, od śniadania, po spiżarnię.
Eliza gotuje mądrze, po prostu i od siebie. Nie ma tu wydziwiania, ale nie ma też nudy. Warto wstawić na półkę i pod choinkę.
PS. Ja wiem, że książek nie powinno sądzić się po okładce. Ale w tym przypadku na aplauz (brawo Zwierciadło) zasługuje też ten aspekt wydawnictwa: grzbiet otulony płótnem, papier, który chce się dotykać i zdjęcia, które się na nim pięknie prezentują. Radość dla oka.

„Smitten Kitchen, czyli Nowy Jork na Talerzu”, Deb Perelman, wyd. Znak
Dawno dawno temu,gdy blogów kulinarnych było dużo dużo mniej, a czasu jakby zdecydowanie więcej, blog Deb był jednym z kilku, które odwiedzałam najczęściej. Żeby sprawdzić, co słychać w jej nowojorskim życiu i co ugotowała w mikroskopijnej kuchni. Podobały mi się jej przepisy (dodam: udające się) – domowe, dość proste, sycące; inne, amerykańskie, ale w roztropnym stopniu. I zawsze, na koniec sprawdzałam, jakie to przepisy trafiały na bloga równo rok, dwa, trzy i więcej lat wcześniej. Deb sie zmieniała, zmieniałam się ja. A gdy zoabczyłam, że w Polsce ukazuje się (trzy lata po oryginalnym wydaniu, które posiadam) jej książka, gdzieś tam w środku drgnęła sentymentalna nuta. Bo jaka ta książka wyda się dzisiaj? Czy się obroni? No bo kto dzisiaj kojarzy Smitten Kitchen? Ale to chyba nie ma znaczenia. Bo przepisy Deb są jednak ponadczasowe, choć zapewne nie wpisują się w najnowsze trendy i dietetyczne fascynacje. To kuchnia bardzo domowa, ciepła (ale nie babcina czy infantylna), dość solidna konkretna, i po nowojorsku czerpiąca tu i ówdzie z tego, co oferują inne narodowe kuchnie. No bo powiedzcie, czy takie brzoskwinie w cieście francuskim z sosem z burbona mogą się zestarzeć? Albo pizza ze szparagami czy wytrawne galette z dynią i karmelizowaną cebulką? No chyba nie mogą. A tutaj znajdziecie dokładne instrukcje, jak je zrobić.

„Polska”, Zuza Zak, wyd. Quadrille Publishing
To był zawsze problem: książka o polskiej kuchni, takiej z klasycznym barszczykiem, chłodnikiem i szczawiową, ale by była nowocześnie wydana, a na dokładkę – by była po angielsku. Swego czasu ratowałam się „Rose Petal Jam”, potem książką Anne Applebaum. A teraz bym sięgneła po prostu po „Polskę”. Autorka, z pochodzenia Polka, wychowała się w Anglii. A książkę napisała z podobnego powodu, dla której ja bym ją kupiła – by pokazać znajomym, że kuchnia polska to nie tylko kiełbasa i bigos, ewentualnie pierogi. Zapewne czytając Polskę pewne rzeczy wydadzą Wam się bardziej niż oczywiste, niektóre zbyt uproszczone lub encyklopedyczne. Ale nie ma się co oszukiwać, kuchnia polska nie jest tak dobrze znana, jak włoska czy francuska. Przepisy Zuzy to w dużej mierze przepisy na dania kuchni domowej, tradycyjnej, wywodzącej się nie tylko z jej domu, ale też różnych regionów Polski (tu autorka posiłkowała się źródłami, odnajdywanymi w bibliotece w Londynie, który jest jej domem). Są też przepisy takimi regionalnymi potrawami czy smakami  jedynie inspirowane. Wszystko okraszone szczyptą nostalgii i „panatadeuszowej” sielskości klimatu, podane estetycznie i w oprawie stylowych, apetycznych zdjęć, które same z siebie mogą zachęcić do eksplorowania polskiej kuchni.
Jeśli wiec Aniołek vel Santa Clause ma się zaopiekować kimś anglojęzycznym, a chce mu pokazac kuchnię Polską, to „Polska” może być tu ratunkiem.

picmonkey-collage

„Więcej obfitości”, Yotam Ottolenghi, wyd. Filo
Nno co tu mówić. Po prostu Yotam Ottolenghi, „nowoczesny wegetarianin”, który wegetarianinem nie jest, londyński restaurator, ktory (a przynajmniej mocno się do tego przyczyni) spopularyzował smaki Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza kosmopolitycznego Izraela w Europie. Moje skryte ksiazkowe marzyenie, by jego ksiażki wydał ktoś wreszcie po polsku, spełniło jakiś czas temu Wydawnictwo Filo. Po przeglądowej „Jerozolimie” (chronologicznie była to tzrecia wydana na brytyjskim rynku książka Ottolenghiego) i wegetariańskiej „Obfitości” na rynek trafia kontynuacja tej drugiej, a wraz z nią kolejna porcja pomysłow na bezmięsne dania. Z większą niż w „Obftości” swobodą Yotam sięga tu i miksuje składniki z róznych stron świata – próć tych typowych dla Bliskiego Wschodu, Śródziemnomorza i Europy pojawiają się też ingrediencje rodem z Azji (i pewnie takie dania, jak np. sałata z brokułów gałązkowych, edamamae, liści kokosa i curry, gdzieś tam miga yuzu, czyli azjatycki cytrus albo mniej znane sosy) moga nastręczać wiecej kłopotów, jeśli chodzi o zaopatrzenie. Jednak zazwyczaj, nawet jeśli lista potrzebnych składników wydaje się ciagnąć w nieskończoność, to nie są to rzeczy nie do zdobycia, a często takie, które zalegają gdzieś po szafkach. Sporo dań bazuje tu jednak na pomyśle czy nietypowym połączeniu (risotto z bruksleką, sałatka z buraków, awokado i orzechów, tosty z aromatyczną ciecierzycą i jajkiem, pory z kozim serem i rodzynkami, frytki z polenty, czyli kukurydzianej kaszki, ricotta gdnieciona z bobem). I te pozycje, których podstawą są trzy główne skłądniki, podobają mi się najbardziej. Takie gotowanie lubię, zwłaszcza na codzień, gdy nie mam wiele czasu czy siły. a że nie mam kiełka groszku czy innego drobiazgu bardziej do dekoracji, niż smaku – zwyczajnie olewam (tak, to dopuszczalne;-). Dużo tutaj potraw wykorzystujących warzywa korzeniowe – pory, marchew, buraki, ale tez na dynie czy cukinie. co szczególnie przydatne wydaje się w Polsce. Yotam to Yotamm, jest więc kolorowo i zdecydowanie w smakach.

Genius recipes, Food 52, Ten Speed Press
Książka nie nowa, bo z jesieni 2015, ale dośc niedawno wpadła mi w ręce. Ciekawa, bo mająca w sumie kilkudziesięciu autorów, wśród których nie brakuje nazwisk takich jak Nigel Slater (<3) czy April Bloomfield. Jest to papierowa inkarnacja cyklu prowadzonego przez twóeczynie lubianego przeze mnie serwiso-sklepu Food 52, które postanowiły co tydzień prezentowac jeden „genialny” przepis – z rodzaju takich, co to krążą po internecie, są – no właśnie – genialne, i których geniusz przejawia się zwykle w jakiś jednym małym triku, zmianie czy modyfikacji. Na przykład, by sos pomidorowy do spaghetti przyrządzic z pomidorów pyrkajacych wieki z masłem na patelni. Albo by przygotować idealną w konsystencji owsiankę z płatków o różnym stopniu mielenia, jajka sadzone zaprawić redukcją z winnego octu i masła lub by ciasto bananowe przyrządzać raczej jak ucierane, kolejno dodając poszczególne składniki („by przygotować najlepsze ciasto, musimy je jako takie traktować”). W książce takich przepisów, ich historii, a – co szczególnie zaspokaja moją wrodzoną ciekawskość – wyjaśnienie, dlaczego co właściwie dany trik sprawia – jest 100. Całość pięknie softografowana, wydana. Jedyny mankament – na razie książkę wydano tylko po angielsku. Ale jeśli oeprujecie jezykiem na poziomie średnio-zaawansowanym, danie sobie radę . Do kupienia m.in. w Cookoffie.

„Smaki Skandynawii”, Claus Meyer, Buchmann
To, że mam słabosć do Skandynawii, a właściwie – Danii, nie jest tajemnicą. Pewnie za sprawą ludzi, których tam spotykam, rozmów i doświadczeń. Ale też właśnie Dania wskazywana jest w ostatnich latach jako gastronomiczne epicentrum Europy, region, gdzie „się dzieje”. Tu działa Noma (o mojej wizycie w Nomie przeczytacie tutaj) oraz inne, hołdujące podobnym zasadom restauracje i szefowie kuchni, których filozofia i podejście do gotowania wywarła wpływ na to, jak gotuje sie daleko poza granicami ich kraju. Wspomniana Noma nie zaistniałaby jednak gdyby nie jej współtwórca Claus Meyer, jedna z ważniejszych postaci tamtejszego gastro-światka, właściciel kilku restauracji (np. Studio i Standard w przepieknym obłożonym miedzią pawilonie nad brzegiem kanału) i mini sieci piekarni (zawsze, będąc w Kopenhadze, przywożę z nich kardamonowe bułki i chleb), autor i gospodorarz programów kulinarnych. No i autor książki, z których jedna trafła właśnie na polski rynek. W książce prezentuje dania nie restaurcyjne, a domowe. Korzysta się tu głównie w produktów, jakie są typowe/spotykane w Danii. A że Dania i Polska mają podobny klimat, to większośc z nich wyda się dobrze znajoma. To przepisy proste, ale jednak nieco inne od wyświechtanej sztampy (sałatka z kaszy żytniej, jeżyn i buraków, makrela z sosem agrestowym, truskawki w cukrze estragonowym, kurczak z uree z marchewki z nasionami kopru; sporo sposobów na grzyby, kapustę, ziemniaki, śledzie i inne ryby, dziczyznę), bardziej północne. Nie są może bardzo odkrywcze,  ale jeśli gravadlax, piętrowe kanapki i cynamonowe bułki budza u was miłe wspomnienia, to tu znajdziecie dokładkę.skeljka9.jpg

5 uwag do wpisu “Dobre książki na dobry prezent

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s